ślub Maćka i Marysi – prawie precedens

Autor: Zuza Kuczbajska – Ślubna Pracownia Warszawa

Rzadko nam się zdarza organizować ślub dla osób po sześćdziesiątce. Dlatego z wielką radością przyjęliśmy to zlecenie, bowiem przypuszczaliśmy, że będzie to kolejne ambitne wyzwanie. Ale nie dlatego, że spodziewaliśmy się wielu atrakcji, skomplikowanego scenariusza itp. Dojrzałe osoby mają całkowicie inne oczekiwania niż młodzi dwudziesto-, trzydziestoletni. Poza tym nijak nie przystają do typowej oferty ślubno-weselnej. I tak było tym razem.

Sukienka…

Wybrałyśmy się z Panią Marią do salonów. W sumie od początku mówiłam, że na darmo. Ale trzeba było mieć pewność. Pierwsze foux pas – ekspedientka, mimo że wcześniej się oczywiście umówiłyśmy, najpierw wzięła mnie, konsultantkę ślubną, za Pannę Młodą. W ogóle do niej nie docierało, że Pani Marysia nie jest moją mamą i że to ona, tak ona szuka dla siebie sukni ślubnej. Później było jeszcze gorzej. Poprosiłyśmy o eleganckie, stonowane stroje. No i otrzymałyśmy falbany, gorsety, dekolty do pępka. Wyszłyśmy niepocieszone. Ale przecież w Warszawie jest wiele salonów…

Ostatecznie po trzech dniach poszukiwań i rozczarowań udało mi się przekonać Panią Marysię do szycia sukni. Kolejny dylemat – projektantka czy krawcowa? Udałyśmy się do Ewy Morki. Ku wielkiej radości wszystkich stron szybko wypracowałyśmy koncepcję. Sukienka klasyczna, koktajlowa, z jedwabnej surówki. Stonowana w kroju. Poszaleć możemy w dodatkach.

Welon?!

No właśnie dodatki. Podstawowy atrybut Panny Młodej to…? Oczywiście welon. No i kolejny dysonans. Szybka analiza sytuacji… Jedziemy do modystki. To był strzał w dziesiątkę!

Bukiet

Ślub odbył się w czerwcu, niedługo po książecym ślubie w Wielkiej Brytanii. Bukiet z konwalii – oczywiście inspirowany tym Kate Midedleton.

Nasza florystka dwa dni szukała konwalii na giełdach kwiatowych. „Tydzień temu jeszcze było ich multum, nie wiem co się stało” – dzwoniła cała w nerwach. Ostatecznie gdzieś w rogu, w białym wiaderku czekały trzy, chyba ostatnie w całej Warszawie, bukieciki konwalii.

Tym razem najmniej przygód mieliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego. Całe szczęście. W papierach był porządek, termin zarezerwowany został zawczasu.

Taras Zamku Królewskiego

Koncepcja przyjęcia weselnego była prosta. Po ślubie w Pałacu Ślubów, udajemy się na Starówkę na trzygodzinny koktajl. Marzenie – taras Zamku Królewskiego – pasowałby idealnie. Udało się je spełnić. Niestety ostatecznie organizacja przyjęcia w tak dostojnym miejscu okazała się nie lada wyzwaniem. Podczas koktajlu Nowożeńcy wymarzyli sobie stonowaną muzykę – blues, jazz, swing. Ale Zamek Królewski to muzeum. Nie możemy grać rozrywkowej muzyki. To może przynajmniej klasyka? Kwartet smyczkowy? Do ostatniego dnia walczyliśmy. Nie, nie i nie. Bo będzie się rzucał w oczy, bo będą protesty okolicznych mieszkańców. Będzie precedens! Ostatecznie wynegocjowaliśmy możliwość puszczenia muzyki z mini wieży. Decyzja zapadła w dniu ślubu. Ale co to dla nas. Zorganizowaliśmy sprzęt, płyty.

Ostatecznie wszystko wyszło bardzo dobrze. Przekąski, szampan, tort, romantyczne kwiatowe dekoracje. Nawet pogoda dopisała – a nie było to oczywistością tego lata ;). Co się nastresowaliśmy, to nasze.

 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *